Wróciłam do domu i zastałam moje dzieci śpiące na korytarzu — to, w co mój mąż zamienił ich sypialnię, gdy mnie nie było, wprawiło mnie w szał.

„Och, mówię całkiem poważnie. Chcesz czasu ekranowego? Zapracuj na swoje gwiazdki”.

Przez cały tydzień się angażowałem. Wyłączyłem Wi-Fi punktualnie o 21:00. Jego posiłki były na plastikowych talerzykach z przegródkami. Pokroiłem mu kanapki w kształty dinozaurów. Rozdałem nawet złote gwiazdki.

Kiedy się skarżył, mówiłam: „Używaj słów, kochanie. Duzi chłopcy używają słów”.

Każdego wieczoru dawałam mu szklankę mleka i czytałam „Dobranoc, Księżycu”.

A co jeśli zachowywałby się niewłaściwie?

Przerwa. Na kanapie. Z timerem.

Piątego dnia Mark był już w rozsypce. Szóstego dnia znowu zaczął krzyczeć o Wi-Fi i został natychmiast „uziemiony” – bez telefonu przez 24 godziny.

Siódmego dnia w końcu się załamał.

„Sarah” – jęknął. „Proszę. Rozumiem. Myliłem się. Zachowałem się samolubnie. Już tego nie zrobię”.

Uroczyście skinąłem głową. „Przeprosiny przyjęte. Ale jest jeszcze jedna sprawa…”

Otworzyłem drzwi wejściowe.

A tam stała Linda — mama Marka.

Wpadła do środka niczym sierżant.

„Mark Anderson! Naprawdę kazałeś moim wnukom spać na podłodze, żeby móc grać w gry wideo ?”

„Mamo, ja… to nie było tak…”

Przerwała mu spojrzeniem, które mogło zamrozić lawę. „Idź do swojego pokoju. I nie dotykaj tego kontrolera, dopóki ci nie pozwolę”.

Mark odszedł, wyglądając jak zrugany nastolatek.

Linda odwróciła się do mnie i uśmiechnęła. „Dziękuję, że do mnie zadzwoniłaś. Najwyraźniej ktoś znowu potrzebował matki”.

Zaśmiałam się cicho. „Niektórzy chłopcy nigdy nie dorastają, prawda?”

„Nie bez pomocy” – powiedziała, zakasując rękawy i kierując się w stronę bałaganu w kuchni.

Patrząc za nią, spojrzałem w stronę schodów, gdzie Mark obrażał się jak nastolatek.

Może nie był złym ojcem. Po prostu potrzebował… zmiany w rodzicielstwie.

A dzięki tygodniowi naleśników, gwiazdom w obowiązkach domowych i bardzo zdeterminowanej teściowej — w końcu udało mu się je dostać.